Budownictwo
Nowe chaty w Beskidzie Śląskim budowano na wyrębiskach, gdzie wokół pierwszego domu pojawiały się szybko domostwa synów, tworząc tzw. place lub dwory, zamieszkiwane przez jedną rodzinę. Tradycyjne chaty wznoszone były na planie prostokąta, na kamiennej podmurówce z płaskich kamieni, wyrównującej poziom gruntu.
Konstrukcja składała się z drewnianych belek kładzionych na zrąb. Pierwsza belka z dołu – przycieś – była zarazem wysokim progiem, co przy niskich drzwiach sprawiało, że wchodząc, trzeba było głęboko się pochylić. Starano się, by drzwi skierowane były na południe. Dach dwuspadowy bez dymników, kryty gontem – szyndziołami, ze zdobionymi bocznymi szczytami, osadzano na legarze zwanym tragarzem. Pośrodku i w miejscach styku ze ścianą tragarz rzeźbiono w splecione inicjały „J” (Jezus) i „M” (Maria), „aby złe nie przyszło” i by zapewnić błogosławieństwo boże domowi. Pośrodku wycinano motyw gwiazdy wpisanej w koło (róża albo gwiozda krążidlowa), która miała oznaczać, że jak Bóg zawiesił gwiazdę na niebie dla spokoju świata, tak róża sprowadzić ma mieszkańcom chałupy spokój i powodzenie. Obok wycinano datę położenia belki. Boki, czyli szczyty domu, ozdabiano i dorabiano przydaszki, czyli okapy, pod którymi niejednokrotnie stawiano małe werandy – pawłaczki.
Wejście do domu – drzwi główne z szerokim, pięknie zdobionym obramowaniem (odrzwia) prowadziły do sieni, ciągnącej się w poprzek domostwa. Sień wykorzystywano do przechowywania narzędzi gospodarczych i końskiej uprzęży. Stała tam duża szafa, zwana łolmaryją, gdzie trzymano żywność i mleko. Po obu stronach sieni znajdowały się izby. Jedna z nich, zwana komorą, służyła do przechowywania skrzyń ze zbożem i z mąką (nazywano je sztrychami), nabiału, słoniny oraz ubrań i cenniejszych rzeczy, składowanych w skrzyniach – trówłach, truchłach. Te dawniejsze, z wypukłym wiekami, pięknie zdobione i malowane w ornamenty roślinne zwano wałaskimi. Bogatsi gospodarze mieli kilka komór dobudowanych z tyłu bądź z boku pod tym samym dachem.
Właściwe życie toczyło się w głównej izbie, gdyż stała tam nolepa zastępująca piec. Była to wielka płyta kamienna lub wypalona z gliny, oparta na czterech nóżkach. Na płycie płonęła watra – wolny ogień, nad którym zwisał zawieszony na drewnianej kluce kocioł. W chałupach kurlawych dym rozchodził się po całej izbie, później wylepiano specjalny okap nad nolepą, odprowadzając dym do sieni, gdzie w dachu wybijano otwór. Podłogę izby stanowiła gliniana polepa. Pod ścianami stały stolice- ławy, przy piecu stół z grubym blatem drewnianym, rzadziej kamiennym. Pod nim mocowano szufladę – podstoli. Dla znaczniejszych gości, których nie uchodziło posadzić na ławie, stał przygotowany żidlok, czyli krzesło z rzeźbionym oparciem. Sami gospodarze zajmowali go tylko w wieczerzę wigilijną i to zwykle gaździna, nie gazda. Tłumaczono to tym, że „w doma uona jest wiynkszom głowom, jako gazda, choćby była hudobniejszo”. Izbę oświetlano pierwotnie szczypami – trzaskami spokojnie palącego się drewna bukowego, wtykanego w szpary w ścianie, albo w specjalnie skonstruowane swiycoki – świeczniki, potem zastąpiły je lampy naftowe. Ponieważ łożnica pojawiła się znacznie później, spano na ławach, na sianie w stodole, w komorach, zimą zaś na nolepie. Zwykle w izbie stały też ogrodzone kojce dla prosiaków i cieląt, zwane corkami.